Jak osiągnęłam Minimalizm Ubraniowy

Ostatnio jestem dosyć mocno nakręcona na minimalizm. Ciężko to pojęcie zdefiniować, nie ma żadnego guru minimalizmu ani wyznacznika jednego i prawdziwego sposobu na bycie minimalistą. Każdy, kogo oglądam lub czytam w sieci (głównie na angielskojęzycznych stronach) definiuje to pojęcie nieco inaczej. Ale wbrew temu co mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać, nie jest to ograniczanie się do danej liczby rzeczy na siłę, wyrzekanie się fajnych, wzorzystych rzeczy, czy odmawianie sobie wszelkich przyjemności. Wręcz przeciwnie: minimalizm, według dwóch najbardziej na mnie wpływających youtuberów (LightByCoco i ThrivingMinimalist.com) mówiących na ten temat, to otaczanie się tym i tylko tym co sprawia nam przyjemność i budzi radość z posiadania lub/i jest nam niezbędne do życia. 

Takie podejście do rzeczy materialnych, niby bardzo proste może sprawić niektórym nie lada problemów. Bo co zrobić z tymi wszystkimi rzeczami na wszelki wypadek, na specjalne okazje, wyrzucić prezenty, choć wcale nam się nie podobają?  Pozbyć się tej drogiej sukienki, bo jest za ciasna, ale na pewno do niej schudnę? No właśnie. Szczególnie w Polsce, lub będąc studentem z ograniczonym budżetem wydaje się to trochę słabe. Niestety żyjemy w czasach gdy ilość posiadanych rzeczy definiuje nasz status społeczny i polepsza samopoczucie (niby). Stajemy przed pełną szafą z pięknie poukładanymi kolorystycznie i według długości szmatkami i czujemy się jak celebrytki z pięknymi garderobami w osobnym pokoju.

Kiedyś przypadkowo natknęłam się na pojęcie capsule wardrobe czyli na zestaw niewielkiej ilości rzeczy na każdy sezon, w którym wszystko do siebie pasuje, jest dość uniwersalne, odzwierciedla nasz styl życia i dopasowany jest do naszych potrzeb. Żeby zbudować taką kapsułkową garderobę trzeba się jednak nieźle natrudzić i nauczyć wielu trików potrzebnych do selekcji odpowiednich ubrań. Świetną pomocą w tym zadaniu jest książka Slow Fashion autorki bloga Styledigger  Joanny Glogazy, ona z kolei też nakierowała mnie na Mari Kondo i jej magię porządków. Polecam obie autorki. Do budowy mojej kapsułkowej garderoby przekonała mnie jednak ostatecznie, poza przeprowadzką, metoda projekt 333, który polega na tym, że w twojej szafie na jeden sezon są 33 rzeczy: odzież wierzchnia, ubrania do pracy/szkoły, tzw. casualowe, buty, akcesoria, etc. Może się wydawać mało, ale ja mam moich w tym momencie 25, bo 8 potrzebowało wymiany.

 

winter15

Moja capsule wardrobe. Kolaż z Polyvore.com

W mojej kapsułkowej garderobie na sezon zimowy znajduje się:

  1.  puchowy płaszcz
  2. kurtka z eko-skóry na cieplejsze dni
  3. buty skórzane na obcasie*
  4. buty sportowe
  5. duża skórzana torebka shopper z motywem wężowym
  6. mała czarna skórzana torebka
  7. rękawiczki
  8. czapka
  9. okulary przeciwsłoneczne polaryzowane
  10. wełniany wciągany sweter
  11. wełniany rozpinany cienki sweterek
  12. bluzka imprezowa
  13. 4 bluzy (czarna, granatowa z logiem mojego uniwersytetu, czerwona i jasno brązowa)
  14. klasyczne niebieskie jeansy z prostą nogawką
  15. czarne skinny jeansy
  16. 5 tiszertów (w odcieniach szarości)
  17. czarna bluzka z długim rękawem
  18. flanelowa koszula w kratkę

Jakoś niczego, poza rzeczami na liście zakupów, na które nie mogę się zebrać, mi nie brakuje. Co więcej, bardzo łatwo jest mi teraz robić pranie, bo wstawiam jedną pralkę ze wszystkimi rzeczami raz w tygodniu. Moje rzeczy są lepszej jakości niż kiedyś, bo zwracam uwagę, żeby przetrwały kilka sezonów i nie były krzykiem mody na chwilę; nie mam też dramatu co rano pod tytułem w co jak mam się ubrać???  i czuję się zawsze bardzo komfortowo w tym co noszę. Wiem, że zawsze wyglądam jak ja, a nie jak laska obok, przestałam eksperymentować ze spódniczkami, sukienkami, baskinkami i innymi takimi chwilowymi modami oraz zapanowałam nad kolorystyką. Nie obchodzi mnie też to, że na każdej imprezie (gadam jakbym chodziła co tydzień) mam założoną tę samą koszulę, bo wiem, że wyglądam w niej dobrze i nic innego mi nie trzeba. A kiedy chcę się poczuć wyjątkowo, nakładam sobie ładny, starannie wykonany makijaż i poświęcam więcej czasu na uczesanie włosów.

*niedługo zostaną wymienione  na płaskie ankle boots, ale niestety mam problem jak zawsze w postaci rozmiaru stopy 43!!! :O

To już chyba wszystko w temacie na ten moment.

cya.

 

 

Reklamy

Minimalizm.

Cześć. Od lata, kiedy pisałam pierwszy post dużo się zmieniło. Zrobiła się zima, zmieniłam miejsce zamieszkania, za chwilę znów zmieniam. Te ciągłe zmiany weryfikują wiele rzeczy w moim życiu. Głównie wagę rzeczy materialnych i ich funkcjonalność w moim przypadku. Dzięki mojemu stylowi życia przez ostatnich parę lat wygrzebałam się z wielu niepotrzebnych gratów, zmieniłam podejście do własności, statusu posiadania, wyrażania się poprzez niego, zaczęłam zwracać uwagę na przede wszystkim jakość zakupów i ich wielofunkcyjność niż na ilość i sezonowe trendy. Okazało się, że bycie minimalistką nie jest wcale trudne, daje wiele satysfakcji i wbrew pozorom nie oznacza wyrzeczeń i zaprzestania bycia gadżeciarą. Ufff.

Ale żeby jakoś to pookładać najpierw przejdę do rzeczy, które kiedyś wydawały mi się niezbędne, a dziś chce mi się jedynie śmiać na myśl, że miałabym je posiadać i przywiązywać do nich wagę.

  1. Książki. Wiem, wiem, posiadanie pięknej biblioteki jest ekstra – ja sama zbierałam całe serie książek (z których swoją drogą czytałam mniej niż połowę, bo były ładne tylko z zewnątrz) – ale to nie zmienia faktu, że są to jednorazowe graty, które zaśmiecają moje życie i przywiązują do jednego miejsca. Teraz, zamiast mieć stosy papieru na półkach, wole iść do biblioteki, poczytać coś w PDF, pożyczyć coś od znajomych, posłuchać audiobooka lub przejrzeć gazetę (choć ostatnio używam tylko tych internetowych). Dobrym rozwiązaniem jest też napisanie czegoś samemu. Kupowanie książek zatem, to dla mnie przede wszystkim zagracanie, ale też strata pieniędzy i niszczenie środowiska.
  2. Muzyka na fizycznych nośnikach. Proszę pastwa, podobnie jak w punkcie pierwszym. Płyty CD i winyle są super, ale mamy XXI wiek, istnieje Spotify i nawet już Bitelsi się tam znaleźli. Nie ma wymówek dla kupowania plastikowych krążków.
  3. Kolekcje. Nawet nie wiem jak zacząć pisać o tym jak bardzo nie widzę grama sensu w kolekcjonowaniu czegokolwiek materialnego  dla samego kolekcjonowania, dla posiadania. Lubię iść do muzeum, galerii, najlepiej tych ze sztuką współczesną, ale różne śmieszne małe muzea dziwnych rzeczy (muzeum dzwonków, muzeum figurek Św. Mikołaja) są naprawdę super i jest to, jak dla mnie, jedyne usprawiedliwienie dla kolekcjonowania. A więc jeśli kolekcjonujesz, to kolekcjonuj tak, żeby można było z tego zrobić muzeum!
  4. Meble i mieszkanie. Kiedyś chciałam mieć swoje własne mieszkanie w ładnym miejscu,  na jakimś starym mieście, w jakiejś kamienicy, z wysokimi sufitami, oryginalnymi mebelkami, nietuzinkową dekoracją. Teraz piszę te słowa i parskam śmiechem. Jak tylko pomyślę o ilości problemów i kosztów jakie się z tym wiążą, to mnie skręca. Wynajem, wynajem, wynajem. Tańsze, wygodniejsze, prostsze, dostosowane.

Oczywiście w tym momencie mam wiele rzeczy, które są wciąż są moje i znajdują się gdzieśtam u babci na strychu, u mamy na szafie, u taty w komórce pod schodami, ale to tym bardziej uświadamia mi, że ja tych rzeczy nie potrzebuję, skoro są tam i jakoś żyję i jestem szczęśliwa. Te stosy książek, płyt i innych pierdółek jakie mam u babci oddam do biblioteki albo sprzedam na allegro przy kolejnej wizycie w Grudziądzu; ciuchy już dawno gdzieś się po znajomych, rodzinie i innych miejscach rozeszły i jakoś mnie to nie przejmuje, a meble i mieszkanie to ostatnia rzecz na jaka chciałabym przeznaczyć pieniądze. Częste zmiany mieszkania sprawiły, że największym priorytetem stała się dla mnie wygoda mieszkania, nie wygląd i wystrój. O to ostatnie mogę zadbać sama, wieszam kilka pocztówek, stawiam kwiatka i wieszam firankę i za mniej niż 10 euro mam zalążek przytulności. w ostateczności w porozumieniu z właścicielem można przemalować na biało i nara.

Podsumowując, wszystkie materialne rzeczy przychodzą i odchodzą, jak nie jedne to drugie, i tak nie będę miała wszystkiego, co fajne, więc mam teraz tylko to, co mi na prawdę potrzebne, z czym mi dobrze, co odpowiada mojemu stylowi życia, ułatwia mi codzienność i podróże, a nie utrudnia. O ubraniach tu specjalnie nie pisałam, bo planuję jeszcze osobny post.

Jest o czym pisać.

Sija.

Postanowienia na 2016

A bardziej marzenia do spełnienia. Lista 10 rzeczy, które chcę osiągnąć w nadchodzącym roku. Odhaczać i sprawdzać, czy się udało będę za rok.P1030216

  1. Zdobyć tytuł magistra (!)
  2. Zwiedzić Polskę latem: wybrzeże, góry i Puszcza Białowieska są głównymi kierunkami.
  3. Pojechać, a najlepiej przeprowadzić się do Ameryki Łacińskiej.
  4. Zminimalizować ilość rzeczy wokół mnie. Ograniczyć się do niezbędników.
  5. Nauczyć się portugalskiego przynajmniej na B1.
  6. Skupić się bardziej na swoim zdrowiu: ustabilizować dietę i zrobić badania.
  7. Przestać jeść przetworzone jedzenie i zminimalizować mięso.
  8. Zmniejszyć ilość czasu w internecie.
  9. Wrócić do wesołej twórczości.
  10. Nauczyć się wyciszać.

Pisząc tę notkę zauważyłam, że cele są trzy: rozwój, zdrowie, podróże. Niejako każdy się ze innym łączy. Wszystko też jest możliwe do zrealizowania. Zobaczymy, czy formułowanie konkretnych celów pomoże mi w ich osiąganiu. Może w następnych dniach zrobię notki jak mam zamiar konkretne cele osiągać, w jakiej kolejności i przeanalizuję wszystkie strony tych najważniejszych pod względem zmian w życiu.

Notopa,

Domi.

Życie jest zbyt krótkie, żeby spędzić je w jednym miejscu

Wielu ludzi, zastanawia się jak ja to robie, że tyle podróżuję. Jest to po pierwsze tańsze niż się wydaje (jeśli nie wydaje się kasy na głupoty typu własne mieszkanie, wesele czy pieluchy), po drugie emocje związane z zamieszkiwaniem w nowych miejscach są dla mnie jak narkotyk, więc potrafię odmówić sobie bardzo wielu rzeczy, żeby tylko móc pozwolić sobie na koleną zmianę miejsca, ciągle szukam mozliwości jakby tu zmienić miasto, kraj…  Czytaj dalej